Po prostu spełniona

22 lipca 2015

Żal było Pani rozstać się ze sportem, przynajmniej w sensie zawodowym?

– Czy żal? Przeżyłam wspaniałą przygodę, która musiała kiedyś się skończyć. Decyzję podjęłam jako dojrzała zawodniczka, przemyślałam ją na spokojnie, niczego nie zrobiłam z dnia na dzień. Stało się to już parę miesięcy temu, przed kilkoma dniami pożegnałam się z kibicami w Sopocie. Wzruszenie było spore, jednak teraz jestem już na innym etapie życia.

Wielu sportowców tłumaczyło, że decyzja o zakończeniu kariery była najtrudniejszą w ich życiu.

– Ja do niej dojrzałam. Poprzedni sezon letni zakończyłam wcześniej niż zazwyczaj – z powodu kontuzji. Postanowiłam wówczas, że daję sobie czas do końca roku. Chciałam, by ciało i głowa odpoczęły, a jednocześnie zatęskniły za treningiem. W pewnym momencie poczułam jednak, że moje myśli i zaangażowanie zmierzają w zupełnie innym kierunku, i była to dla mnie informacja zwrotna, że czas powiedzieć „do widzenia”.

Jaka jest Pani pierwsza myśl, gdy wspomina Pani kilkanaście lat swojej kariery?

– Jest co wspominać (śmiech). A ostatnio robię to często. Moja kariera była kolorowa, zdobyłam wiele medali najważniejszych imprez, wysłuchałam „Mazurka Dąbrowskiego”, stojąc na najwyższym stopniu podium. Skończyłam jako zawodniczka spełniona.

Ale już kilka lat temu mówiła Pani, że jest sportsmenką spełnioną, która już niczego nie musi, tylko może.

– Bo tak było. Medal olimpijski, ten najważniejszy dla sportowca, zdobyłam bardzo szybko, jako młodziutka dziewczyna. Potem dodawałam do kolekcji kolejne krążki, w różnych kolorach. I przez cały ten czas skakanie sprawiało mi przyjemność.

Kiedy czuła się Pani szczęśliwsza: w Atenach, odbierając brązowy medal olimpijski, czy w Berlinie, stojąc na najwyż-szym stopniu podium mistrzostw świata?

– To dwa różne, ale najważniejsze momenty w mojej karierze. Medal olimpijski pod względem „jakościowym” na pewno jest najcenniejszy, ale w Berlinie spełniłam swoje największe marzenie. Od dziecka szalenie pragnęłam bowiem zdobyć dla Polski medal wielkiej imprezy i wysłuchać „Mazurka Dąbrowskiego”.

Recepta na sukces nie istnieje, bo mielibyśmy samych mist- rzów. A jakie sportowe motto Pani przyświecało?

– Było ich sporo, wymienię kilka. W najbardziej stresujących momentach, gdy przed ważnymi zawodami odczuwałam szczególne napięcie, powtarzałam sobie: „Ania, skaczesz dla siebie”. Wiadomo było, że startuję dla kraju, dla Polski, ale w ten sposób pozbywałam się balastu presji i oczekiwań, który potrafi być ogromnym obciążeniem. Zawsze dbałam, by sport sprawiał mi przyjemność. To chyba podstawa każdej pracy, jak człowiek chodzi do niej szczęśliwy, wydaje lepsze owoce. Wyznawałam zasadę, że prócz wrodzonego talentu trzeba mieć wrodzoną chęć do ciężkiej pracy. Nie da się dojść na szczyt samym tylko talentem, tym czymś nieuchwytnym, otrzymanym w darze, jeśli nie połączy się tego z harówką, poświęceniem, wyrzeczeniami i – co równie istotne – pozytywnym nastawieniem.

Za co pokochała Pani skok o tyczce?

– Odpowiem tak: kiedy w grudniu 2013 r. miałam poważny wypadek na treningu w Spale, lekarze początkowo twierdzili, że może mnie czekać kilkumiesięczny rozbrat ze sportem, a nawet przedwczesny koniec kariery. A tu zbliżały się halowe mistrzostwa świata w Sopocie, impreza, na którą czekałam całe życie. I wtedy, gdy pomyślałam, że coś, co kocham i jest ze mną przez tyle lat, może zostać mi odebrane, ta miłość stała się jeszcze mocniejsza.

O tym, jak ważna dla mnie jest tyczka, najbardziej przekonywałam się w najtrudniejszych momentach. One tak naprawdę najwięcej mnie nauczyły. Choćby tego, że nic nie trwa wiecznie i nie należy niczego odkładać na później, bo potem może nam po prostu zabraknąć czasu.

Zastanawiała się Pani czasem, o ile bogatsza byłaby Pani medalowa kolekcja, gdyby nie kontuzje? Częste, powracające…

– …i wpisane w żywot każdego sportowca. Pragnąć przekraczać swe granice, musimy balansować na krawędzi, a ludzki organizm nie jest ze stali. Tak, kontuzji i różnych problemów zdrowotnych miałam wiele, ale zawsze powtarzałam, że bez tych chwil, bez bolesnych porażek nie byłoby sukcesów. Każdy trudny moment, każdy zakręt, oznaczał u mnie ogromną mobilizację, by się odbić i nadrobić zaległości. Nigdy się nie poddawałam, tylko zbierałam w sobie i działałam. Sport to świetna szkoła życia i cieszę się, że swoją przygodę z nim rozpoczęłam tak wcześnie.

W naszej tyczce, po odejściu Pani, a wcześniej Moniki Pyrek, nastała prawdziwa pustka.

– Fakt, nasz duet napędzał atmosferę wokół tej dyscypliny, tak jak my napędzałyśmy się nawzajem. W tej chwili nie mamy zawodniczki na światowym poziomie, ale mamy wiele młodziutkich dziewczyn, świetnie rokujących na przyszłość. Musimy na nich się oprzeć i przekonywać je, że warto skakać. To piękny sport, lecz dla ludzi cierpliwych, bo żeby fruwać wysoko, trzeba opanować technikę, co zajmuje sześć, czasem osiem, a czasem nawet dziesięć lat. Frajda z tego jest jednak ogromna.

Swoją przyszłość wiąże Pani ze sportem?

– Chciałabym. Już teraz wspólnie z mężem prowadzimy zajęcia sportowe dla dzieci i młodzieży, dzięki czemu nie brakuje mi skakania. Poza tym nadal trenuję, ćwiczę, dbam o kondycję i sylwetkę. Gdybym przestała, organizm przeżyłby szok.

Rozmawiał Piotr Skrobisz.

Najbliższy start

Blog

Multimedia

Zdjęcia

fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com
fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com
fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com

Filmy

Designed by Studio a Propos

© 2010 Anna Rogowska