Przegląd Sportowy/WYWIAD

10 maja 2015

Ogłoszenie przez panią końca kariery było dla wszystkich dużym zaskoczeniem. Dlaczego właśnie teraz?

Anna Rogowska: Liczyłam się z tym, że żaden czas nie będzie na to w pełni odpowiedni. Mogłam połączyć odejście z jakąś imprezą, ale nie chciałam czekać tak długo. Nadszedł czas na zmiany. Jestem spełniona, dlatego robienie czegoś na siłę nie miałoby sensu. Mogłabym dokładać do dorobku kolejne krążki, ale już nie zależało mi na tym tak bardzo. Wymagałoby to kolejnych poświęceń, a coraz bardziej brakowało mi zdrowia. Chciałam odejść w momencie, w którym wciąż kochałam ten sport. Dziewiętnaście lat to i tak dużo.

Jak długo myśl o odejściu właśnie tej zimy kiełkowała w pani głowie?

Anna Rogowska: Po przerwanym kontuzją sezonie letnim zdecydowałam, że dam sobie czas na regenerację. Chciałam zatęsknić i fizycznie, i psychicznie. Pod koniec roku moje myśli zaczęły jednak iść w zupełnie innym kierunku. To było ostrzeżenie, że jeśli nic się nie zmieni, nie wrócę już do sportu. Po nowym roku uznałam, że to ten czas. Decyzja była zatem przemyślana, nie wpłynęły na nią emocje. A nie chciałabym kończyć kariery pod wpływem impulsu – wygranej, która kusiłaby perspektywą kontynuowania kariery, czy bolesnej porażki.

Ma pani teraz więcej czasu dla siebie?

Anna Rogowska: Wręcz przeciwnie, pracy jest naprawdę sporo. Choć ambasadorem Energa Athletic Cup zostałam z przypadku, na nadmiar wolnego czasu nie narzekam. Jeżdżę na spotkania, na które nigdy nie miałam do tej pory czasu. Odwiedzam szkoły podstawowe i gimnazja, opowiadam dzieciakom o pasji do sportu. Próbuję zachęcić je nawet nie tyle do wyczynowego sportu, ile po prostu do ruszenia się z domu.

Zasieje pani ziarno, z którego wyrośnie przyszłość kobiecej tyczki?

Anna Rogowska: Chciałabym! Przydałaby się nam osoba, która godnie zastąpiłaby mnie czy Monikę Pyrek. Na razie mamy tylko świetnie zapowiadających się panów, Piotra Liska i Roberta Soberę, a u pań nie wygląda to niestety optymistycznie. Potrzeba kilku lat, aby któraś z naszych tyczkarek wypełniła minimum na tak dużą imprezę jak na przykład igrzyska olimpijskie.

Widzi się pani w roli trenerki?

Anna Rogowska: Na razie badam grunt. Sprawdzam, czy bym się do tego nadawała i czy sprawia mi to przyjemność. Prowadzę zajęcia z najmłodszymi dzieciakami i jak do tej pory daje mi to zupełnie inne spojrzenie na skok o tyczce.

Wcześniej porządek dnia wyznaczał trening. A teraz?

Anna Rogowska: Jest tak samo! Nadal ćwiczę. Tuż po zakończeniu kariery nastawiałem się na to, że zrobię sobie dłuższą przerwę od ćwiczeń. Nie udało się tego za długo utrzymać. Wprawdzie o tyczce już nie skaczę, lecz uprawiam inne sporty, przede wszystkim więcej biegam. Mam nawet w planach starty w zawodach.

Myśli pani o maratonie?

Anna Rogowska: Nie w tym roku. Musiałabym się do tego solidnie przygotować. W najbliższym czasie mogę pobiec co najwyżej dziesięć kilometrów. Jeśli ciało odmówi posłuszeństwa, pobiegnie głowa. Byłoby mi wstyd zatrzymać się w trakcie takiego biegu!

Zastanawiała się pani kiedyś, czy w płotkach – pierwszej konkurencji – mogłaby pani odnieść tak samo duże sukcesy jak w tyczce?

Anna Rogowska: Trener zawsze mi powtarzał, że czego bym nie robiła i tak by mi się powiodło. Skakać zaczęłam dość późno, miałam siedemnaście lat. Namawiano mnie na to dwa lata wcześniej, ale wówczas chciałam się realizować w biegu przez płotki. Po kilku treningach odkryłam jednak, że skakanie jest dla mnie. Pochłonął mnie atrakcyjny, urozmaicony trening. Jestem poza tym osobą potrzebującą zastrzyku adrenaliny, a tę zapewniała mi właśnie tyczka.

Na początku napotkała pani problemy natury technicznej.

Anna Rogowska: Tak, wszystko przez taśmy, które sprowadziliśmy z Rosji. Dają one mocny chwyt, ale nie na tyle, by nie móc odrzucić tyczki. Używamy więc też kleju, takiego samego jak do piłki ręcznej. On w powiązaniu z czarnym plastrem powoduje, że tyczkarki mają zabrudzone dłonie. Na początku moja skóra była nieprzyzwyczajona do tego kleju, po prostu zbyt delikatna. Z biegiem czasu wszystko się jednak unormowało. Takie problemy są częste u zawodników. Dziurawe dłonie, pozrywana skóra… Teraz potrzebuję przynajmniej roku, by poschodziły mi wszystkie odciski.

Ze skokiem o tyczce – poza kłopotami z dłońmi – wiąże się także przede wszystkim strach. Towarzyszył on pani przez całą karierę?

Anna Rogowska: Nie. Na początku była tylko adrenalina. Nawet nie wiedziałam, że jest się czego bać. Dopiero po pewnym czasie, gdy widziałam łamiące się tyczki, zaczęłam myśleć o tym sporcie jako o niebezpiecznym. Nigdy jednak nie przesłaniało mi to ogólnego spojrzenia. Bywały gorsze momenty, w których pojawiał się strach, ale mobilizacja pomagała mi sobie z tym poradzić.

Nie miała pani blokady nawet po wypadku w Spale, w którym doznała pani pęknięcia czaszki?

Anna Rogowska: Nie. Zależało mi nawet jeszcze bardziej niż przed upadkiem, zwłaszcza że wypadek zdarzył się w grudniu, a w marcu odbywały się halowe mistrzostwa świata w Sopocie. Wiedziałam, że muszę się szybko podźwignąć. Już w pierwszym pytaniu do lekarza chciałam się dowiedzieć, kiedy będę mogła wrócić do skakania. Doktor nieźle się wtedy uśmiał. Powiedział, że powinnam się cieszyć, że żyję i z nim rozmawiam.

Jednym ze skutków wypadku była utrata smaku i węchu. Kiedy zmysły wróciły?

Anna Rogowska: Wciąż wracają! Ze smakiem było łatwiej, ale długo miałam poważny problem z węchem. Zaczął wracać dopiero po kilku miesiącach. Początkowo lekarze dawali mi tylko 50 proc. szans, zaznaczając, że jeśli po miesiącu nic się nie zmieni, te szanse będą malały. Teraz, półtora roku po wypadku, odczuwam już na szczęście większość zapachów, choć nieco inaczej niż wcześniej. Najmocniej czuję te mniej przyjemne. Najbardziej ucieszyłam się, gdy w końcu po raz pierwszy po tak długiej przerwie poczułam kawę! W przeciwieństwie do minionego roku czuję też wiosnę i zapach własnej skóry. Najważniejsze jednak, że wrócił smak. Bez niego nie miałam żadnej przyjemności z jedzenia. Stało się ono tylko mechanizmem, który zapewniał mi energię. O tym, czy jem kurczaka czy ziemniaka, wiedziałam jedynie dzięki konsystencji.

Brak medalu w Sopocie uznany został za porażkę, a tak naprawdę niewiele osób wiedziało, że pani powrót był małym cudem.

Anna Rogowska: To prawda. Na skocznię wróciłam zaledwie trzy tygodnie po upadku, podczas gdy lekarze ostrzegali mnie, że miną co najmniej trzy miesiące, zanim zacznę się ruszać. Kiedy tylko otrzymałam zielone światło, następnego dnia byłam już na skoczni. Ból, który wykluczałby trening, na szczęście już nie wrócił, ale miałam za to problemy z ciśnieniem. Pomogła mi wtedy osteopatia. Każdą minutę treningu musiałam wykorzystywać do cna. Kładłam się spać i wstawałam tylko z jednym celem.

Nie myśleliście z mężem, że tak duże szczęście w nieszczęściu to znak, że może trzeba już odpuścić?

Anna Rogowska: Pierwsze reakcja Jacka była właśnie taka. Powiedział, że chce mieć przede wszystkim zdrową żonę. Mamy zamiar spędzić ze sobą jeszcze parę ładnych lat życia i nie wyobrażał sobie, żeby moje zdrowie nie było priorytetem. Nie robiłam więc niczego na wariata.

Halowe mistrzostwa świata w Sopocie były taką symboliczną metą?

Anna Rogowska: Tak. Kiedy ogłoszono, że Sopot otrzymał organizację, w moim życiu nastąpiło wiele zmian. Początkowo moje sportowe plany były inne. Między igrzyskami w Londynie i Rio de Janeiro chcieliśmy z Jackiem powiększyć rodzinę. Wtedy na spokojnie wróciłabym na igrzyska w Brazylii. Wszystko to zweryfikowały jednak mistrzostwa w Sopocie. Teraz plany macierzyńskie wróciły, lecz nie miały wpływu na to, że akurat w lutym zdecydowałam się zakończyć karierę.

Najbardziej dramatycznym momentem w karierze był wypadek ze Spały?

Anna Rogowska: Ponieważ skok o tyczce jest sportem ekstremalnym, nie uniknęłam też innych trudnych momentów, jak choćby złamania tyczki w imprezie „Tyczka na Molo” w Sopocie w 2011 roku. Było wtedy mało czasu do mistrzostw globu w Daegu, a ja musiałam się wykaraskać z rozcięcia dłoni. Jednak znalazłam w sobie siłę, by się podnieść.

Tej siły i zawziętości nie brakowało pani w żadnym momencie kariery.

Anna Rogowska: Wiele razy walczyłam o wyjazd na imprezę, która potem kończyła się dla mnie niepowodzeniem. Mam też jednak w pamięci trudne momenty, które owocowały sukcesem, jak choćby w Berlinie. Startowałam tam przecież z kontuzjowaną kostką, którą skręciłam na rozruchu tuż przed wyjazdem. Dopiero przed eliminacjami pierwszy raz truchtałam, a ostatecznie skończyło się na tytule mistrzyni globu. Tamta sytuacja nauczyła mnie, że warto zaryzykować niż poddać się na starcie. Należę do grona osób, która oswaja to, czego się boi. Tak było choćby z ćwiczeniami akrobatycznymi, które wykonywałam, aby wyzbyć się lęku.

 

Jak wiele poświęciła pani dla wyczynowego sportu?

Anna Rogowska: Nigdy nie uważałam, że muszę cokolwiek poświęcić. Na danym etapie życia wykonywałam po prostu czynności, które sprawiały mi radość. Robiłam wszystko na sto procent, więc siłą rzeczy musiałam pewne elementy życia odstawić na bok, by nie przesłaniały mi głównego celu. Mam jednak silną wolę i znam swój organizm.

Czyli nie rzuci się pani teraz na jedzenie?

Anna Rogowska: Skądże. Chociaż… Gdy niedawno biegałam, spotkałam pana, który mnie rozpoznał. Zapytał, dlaczego biegam. Myślał, że przygotowuję się do zawodów. Odpowiedziałam, że biegam dla siebie, lecz w głowie raczej w żartach pomyślałam: „Biegam, bo lubię jeść”. Tego już jednak głośno nie powiedziałam.

Czy miała pani nieco łatwiej dzięki ciągłej obecności najbliższej osoby, męża?

Anna Rogowska: Wyjeżdżałam z domu nawet do trzystu dni w roku. Żaden normalny związek nie przetrwałby takiej rozłąki. Ale jako że miałam Jacka zawsze obok siebie, mogłam w pełni skupić się na trenowaniu. Nie byłabym w stanie znieść psychicznie sytuacji, w której wyjechałabym na tak długo z innym szkoleniowcem. Nie musiałam rezygnować ani ze sportu, ani z miłości.

Każdy związek przechodzi większe lub mniejsze kryzysy. Jak godziliście wtedy sprawy domowe z codziennym treningiem?

Anna Rogowska: Nie było jakichś dramatów. Pewnie dlatego, że jesteśmy też dla siebie najlepszymi przyjaciółmi. Od zawsze świetnie się dogadywaliśmy i chcieliśmy, aby ten związek przetrwał długie lata. To, co razem przeżywaliśmy, było świetną przygodą, ale prawdziwe życie zacznie się dopiero teraz.

Podobno pani kariera ma wymiar siedmiu centymetrów…

Anna Rogowska: Uświadomił mi to psycholog. Na miarce do odmierzania rozbiegu pokazał tych siedem centymetrów, by mi uświadomić jak to niewiele, biorąc po uwagę całe życie. To świetna wizualizacja dla osoby uprawiającej sport, by miała świadomość, jak krótka jest kariera. Chodzi o to, by wykorzystać ten czas jak najlepiej. Bardzo często odkładamy coś na później, zamiast żyć teraźniejszością, a przecież najważniejsze jest to, co w danej chwili robimy. Warto to wykorzystać maksymalnie. Teraz chcę zrealizować wszystkie rzeczy, które odkładałam na później.

W czym może pani teraz nadrobić zaległości?

Anna Rogowska: Przede wszystkim nadal będę potrzebowała zastrzyku adrenaliny, którego dostarczały mi do tej pory zawody. Brakuje mi tych emocji.

Szykuje się więc skok na spadochronie?

Anna Rogowska: Mam go już za sobą! Było bardzo fajnie. Bałam się okropnie, ale tuż przed nim odbyłam ze sobą rozmowę. „Jeśli nie będzie ci się podobało, już więcej tego nie zrobisz” – tłumaczyłam sobie w duchu. A potem jeszcze tego samego dnia skoczyłam po raz drugi! Ale do skoku na bungee mnie nie ciągnie. Mam za to kilka propozycji związanych ze sportami wodnymi. Na razie jednak niech to pozostanie moją tajemnicą.

Zamierza też pani dołożyć swoją cegiełkę do budowy hali lekkoatletycznej w Sopocie?

Anna Rogowska: Myślę, że miasto sobie z tym doskonale poradzi. Na razie wszystko jest na najlepszej drodze do tego, by taka hala powstała. Stadion mamy przepiękny, ale skakania nie da się na nim trenować cały rok. To zresztą jeden z powodów, dla którego w ciągu roku spędzałam w domu tak mało czasu, funkcjonując właściwie na walizkach.

Zamierza pani jeszcze wziąć do ręki tyczkę i wykonać ten symboliczny, ostatni skok?

Anna Rogowska: Raczej się na to nie zdecyduję. Z kibicami pożegnam się w trakcie czerwcowego memoriału Janusza Sidły. Nawet nie mam w głowie tego ostatniego skoku. Po prostu zbyt profesjonalnie do wszystkiego podchodzę, by teraz nagle w czerwcu łapać za tyczkę i skakać.

Ile złamała pani tyczek?

Anna Rogowska: Trzy. Rocznie używałam trzydziestu tyczek, choć tak naprawdę ich żywotność powinno liczyć się do momentu, w którym się złamią. One się nie zużywają. Gdybym miała określić liczbę oddanych w jednym roku skoków, byłoby ich około tysiąca. Wychodzi więc kilkadziesiąt tysięcy w trakcie całej kariery!

Jak wysoko udało się pani skoczyć na treningu?

Anna Rogowska: 4,80. Zawsze bardziej mobilizowałam się na zawodach. Ale już na przykład na gumie skakałam około 4,90. Najwyżej zawieszoną gumkę miałam na 5,10. Tej wysokości nie udało mi się pokonać. Atakowałam ją, żeby się z nią oswoić.

Ma pani w dorobku osiem medali, z czego aż sześć zdobytych w hali. Ale po te najważniejsze sięgnęła pani na stadionie.

Anna Rogowska: Rzeczywiście więcej krążków uzbierałam w hali, lecz często przyczyną tego były trudności z wypracowaniem dwóch szczytów formy w jednym roku, tym bardziej że przygotowania bardzo się od siebie różnią. Brakowało mi po prostu czasu, pojawiały się kolejne dolegliwości.

Który medal ma dla pani największe znaczenie?

Anna Rogowska: Za najważniejsze osiągnięcie uważa się krążek zdobyty na igrzyskach. Trudno to jednak porównywać z mistrzostwem globu i wysłuchaniem Mazurka Dąbrowskiego. Hymn był dla mnie zawsze największą motywacją. Kiedy na treningach było trudno, nuciłam sobie pod nosem jedną zwrotkę. I choć olimpijski brąz z Aten znajduje się w hierarchii wyżej, sukces z Berlina to spełnienie moich marzeń.

Nie zdarza się często, że nowicjusz zdobywa pierwszy krążek właśnie na igrzyskach.

Anna Rogowska: Do Aten leciałam przede wszystkim po naukę. Miałam czwarty wynik na listach, ale w imprezie brały udział dużo bardziej doświadczone zawodniczki. Więcej szans dawano Monice Pyrek. Przed wyjściem na konkurs olimpijski poprosiłam trenera, żeby nie pozwolił mi tego popsuć, bo wiedziałam, że jest dobrze. Kilka miesięcy wcześniej zakładaliśmy, że najważniejsze będą dla mnie te kolejne igrzyska. Jednak tuż przed finałem miałam świadomość tego, że wszystko się zmieniło. Poczułam, że mam szansę szansę i ją wykorzystałam.

Na czym skupiała się pani złość po niepowodzeniach?

Anna Rogowska: Zdarzają się różne sytuacje, jak choćby złamana tyczka. Wtedy trudno zwalać wszystko na pogodę czy pecha. Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. W większości przypadków żal miałam jednak do samej siebie. Wyrzucałam sobie, że czegoś nie wykonałam lub powinnam była zrobić to inaczej, lepiej.

Jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym pani startowała?

Anna Rogowska: Skakałam na plaży i w centrum handlowym. Szczególnie w tym drugim miejscu było mi trudno z powodu… dochodzących z punktu gastronomicznego zapachów. Długi konkurs, tylko izotonik do picia… A tu apetyczne aromaty kiełbasek z frytkami.

Rywalizacja w zawodach z udziałem bijącej kolejne rekordy Jeleny Isinbajewej była dużym przeżyciem?

Anna Rogowska: Tak, szczególnie że było to kreowane na pogoń za Jeleną. Nie dziwię się, że było tak odbierane, bo to zawodniczka, która skakała najwyżej. W polskich mediach z kolei chwytliwy był temat mojej rywalizacji z Moniką Pyrek. Obie walczyłyśmy z Jeleną i Swietłaną Fieofanową, co sprzedawano jako batalię Polski z Rosją. Na moich kontaktach z Moniką czasami się to odbijało. Dziś utrzymujemy kontakt, choć z powodu dużej odległości między Sopotem a Szczecinem nie widujemy się zbyt często.

Na ile Isinbajewa była dla pani koleżanką ze sportowego środowiska, a na ile wyłącznie rywalką?

Anna Rogowska: Jelena tworzyła dystans między sobą a pozostałymi zawodniczkami. Wydaje mi się jednak, że było to specjalnie wykreowane na potrzeby PR. Na co dzień jest normalną dziewczyną, którą niejednokrotnie poznałam z dobrej strony. Trudno jednak w naszym przypadku mówić o wielkiej zażyłości.

Monika Pyrek brała udział w „Tańcu z Gwiazdami”. Pani nie zapraszają?

Anna Rogowska: Propozycje udziału w telewizyjnym show padają często. To jednak nie dla mnie, podobnie zresztą jak śpiewanie. Nie pójdę w tę stronę, bo nie czułabym się komfortowo. W tańcu jeszcze sobie radzę, ale nie na tyle, by iść z tym do telewizji.

Jak wygląda obecnie pani dzień?

Anna Rogowska: Normalnie. Przede wszystkim mam w końcu czas na czynności domowe. Zaczęłam gotować i muszę przyznać, że idzie mi to naprawdę dobrze. Po urlopie w Tajlandii eksperymentuję ze wszystkim, co jest wyraziste w swoim smaku. W moje ręce trafiły ostatnio prawie stuletnie, własnoręcznie spisane przepisy babci. Chciałabym wypróbować każdy z nich. Byłoby to dla mnie fantastyczne wyzwanie. Z niektórymi potrawami mógłby być jednak problem, aby spałaszować sękacz z sześćdziesięciu jajek, musiałabym zaprosić na ucztę wszystkich przyjaciół! Poza tym miary są dość nietypowe, bo w funtach. Spotkałam się też ze sformułowaniem „misa mąki”. I jak tu odgadnąć, jakiej wielkości to misa?

Żyje pani teraz zwykłym rytmem, który jest dla pani jednak niezwykły.

Anna Rogowska: To prawda. Gotowanie, prasowanie, pranie… Nic nie jest mi straszne. Mam też więcej czasu na podróże w celach turystycznych. Jednym z miejsc, które znałam z wyjazdów sportowych, a do których chciałam wrócić, żeby zobaczyć z bliska, jest RPA. Wciąż ciągnie mnie też do Azji i Ameryki Południowej. Kto wie, może w sierpniu wpadnę do Pekinu na mistrzostwa świata?

 

Autor: Joanna Seliga, Ryszard Opiatowski / Przegląd Sportowy

 

 

 

 

Najbliższy start

Blog

Multimedia

Zdjęcia

fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com
fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com
fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com

Filmy

Designed by Studio a Propos

© 2010 Anna Rogowska