Anna Rogowska: wszystko można przeskoczyć

28 lutego 2014

Polska lekkoatletka, tyczkarka, brązowa medalistka igrzysk olimpijskich, mistrzyni świata, halowa mistrzyni Europy oraz wicemistrzyni świata. U boku trenera Jacka Torlińskiego – prywatnie męża, marzy o ukoronowaniu kariery medalem na olimpiadzie w Rio de Janeiro w 2016 roku. O złamanych tyczkach, życiu na walizkach i planowanym macierzyństwie rozmawiamy w „Kobiecej gardzie” z Anną Rogowską tuż po treningu przygotowującym do startu w mistrzostwach świata w Sopocie.

Marta Nicgorska: Po kilkugodzinnym treningu ma pani jeszcze siłę na rozmowę? 

Anna Rogowska: A mam inne wyjście? (śmiech) Wbrew pozorom taki trening dodaje mi energii. Jestem w formie.

Uśmiech na twarzy to dobry znak. Znaczy, że dziś poszło dobrze, jest pani spokojna, bo sukces jest na wyciągnięcie… tyczki. 

Z natury jestem spokojna, ale stres i trema nieustannie towarzyszą mi przed zawodami. Wyniki dzisiejszego treningu są zadowalające. Mam jeszcze tydzień na ostanie szlify i dopięcie szczegółów na ostatni guzik.

Skoro o guzikach mowa, pozostając w krawieckiej retoryce, zapytam o zestaw tyczek, który przyniosła pani ze sobą do Ergo Areny na trening. Ponoć wszystkie skrojone są na miarę?

Tyczki muszą być idealnie dobrane, jak męski garnitur. Każda musi być odpowiednio dopasowana do parametrów zawodnika – jego wzrostu i wagi. Nie ma tyczek uniwersalnych. Tyczki mają różne długości – używa się zawsze kilku w zależności od odległości (rozbiegu). Na pierwszy rzut oka wszystkie tyczki wyglądają tak samo, ale różnią się materiałem, z jakiego są wykonane, gibkością, elastycznością. Każdy, kto uprawia jakąś dyscyplinę sportową pracuje na własnym sprzęcie. Na mistrzostwach tyczki mają spełniać określone wymogi, ale każdy sportowiec używa swoich.

Te czarne dłonie po treningu to normalka?

Czarne dłonie to efekt, jaki daje taśma, którą owinięte są moje tyczki. Tę taśmę kupuję na metry na rosyjskich bazarkach. Jest najlepsza. Mówię serio.

Próbuję wyobrazić sobie transport tyczek na lotnisko. Musi wyglądać zabawnie.

To logistyczne wyzwanie, z tyczkami zwykle są jakieś przeboje. Rezerwując lot, muszę wybrać samolot o dużych gabarytach i zawsze extra zapłacić za bagaż oversize. A potem zostaje mi tylko czekać i wierzyć, że dolecą, i oczywiście w jednym kawałku.

Zdarzyło się już, że tyczki nie dotarły na zawody?

Było kilka takich sytuacji. Człowiek ma wówczas dwa wyjścia: nie startuje lub liczy, że mu rywal pożyczy. Skakanie na cudzej tyczce jest jednak mocno ryzykowne.

Ile waży taka tyczka?

Tyczki dla kobiet ważą około dwóch kilogramów, męskie są cięższe o kilogram. Proszę, niech pani spróbuje podnieść. Łapiąc ją w środku, nie czuje się ciężaru. Waga jest odczuwalna dopiero, gdy chwyci się tyczkę za koniec.

Jedni zmieniają torebki, inni rękawiczki, a pani Ania tyczki (śmiech). Zastanawiam się, ilu tyczek łącznie pani użyła. Stawiam, że stu.

Nie liczyłam, ale myślę, że to dobry strzał. Na treningu używam zwykle około sześciu, około trzydziestu przez cały rok. W ciągu mojej kariery trochę ich już było… Na tyczce można skakać do momentu, aż się złamie.

Bywa, że trzaśnie w dłoniach, jak podczas sopockiej imprezy „Tyczka na molo”. To było spektakularne wydarzenie. Ale lepiej złamać tyczkę niż komuś serce. 

Zdarzyło mi się to w życiu trzy razy.

Trzem facetom złamała pani serce?

Nie, trzy razy złamałam tyczkę! Po prawdzie, powinnam powiedzieć, że tylko trzy, bo to nic nadzwyczajnego. Tyczki po prostu się łamią. Są bardzo delikatne, po wielokrotnych upadkach zwiększa się ryzyko pęknięcia. Zazwyczaj jest to wina sprzętu, nie zawodnika.

Jeden centymetr to dla pani dużo czy mało?

Zależy jak na to spojrzeć. Jeden centymetr, gdyby dodać do mojego wzrostu, nic nie znaczy. Ale ten jeden centymetr może oznaczać rekord świata. Miałam okazję zobaczyć niewyobrażalną rzecz w Doniecku. Francuz Renaud Lavillenie skoczył 6,16 metra. Niby rekord tylko o jeden centymetr, ale na ten wynik czekaliśmy aż dwadzieścia jeden lat.

Prywatnie woli pani obcasy czy buty sportowe?

To zależy od okazji. Na co dzień noszę buty sportowe, bo większość dnia spędzam na treningu, ale wieczorem, gdy wychodzimy ze znajomymi, sięgam do szafy po bardziej kobiece obuwie. Lubię szpilki.

Gdzie lubi Pani wyskoczyć?

Jestem osobą rozpoznawalną, więc staram się nie pojawiać tam, gdzie są tłumy. Z przyjaciółmi lubię wyskoczyć w miejsca zaciszne, ale też do kina, teatru i na kręgle. Z miast europejskich najbardziej ciągnie mnie do Monachium. Jeżdżę tam często nie tylko ze względu na wizyty u swojego lekarza sportowego, ale na zakupy. Staram się „bywać”, bo to dla mnie odskocznia od treningów, codziennego stresu. Taki moment oderwania, relaksu, odprężenia od wielu napięć jest bardzo potrzebny.

Sława bywa męcząca. By zaznać spokoju ucieka pani z Trójmiasta?

Ależ skąd! Ja uciekam właśnie do Trójmiasta! Rzadko tu jestem, siedemdziesiąt pięć procent czasu spędzam poza domem, więc jeśli jest okazja do spędzenia choćby jednej doby w Sopocie, korzystam. Cieszę się na każdą noc we własnym łóżku. Całe szczęście, w ciągu dwudziestu czterech godzin potrafię się porządnie zresetować.

Nie ma pani momentami dosyć tego życia na walizkach? Zakładam, że nie znosi pani pakowania.

Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Mam już kilka gotowych zestawów, więc nie jest źle. Pakowanie idzie mi sprawnie, to już lata doświadczenia.

Każda kobieta posiada rzecz, którą zawsze ma przy sobie. Bez czego nie rusza się pani w podróż? 

Nie ruszam się przede wszystkim bez męża, bo to mój trener, ale rzeczą, która zawsze zabieram ze sobą jest… suszarka.

Mąż towarzyszy pani na każdym zgrupowaniu, wyjeździe. Jesteście jak papużki nierozłączki. To duże wyzwanie łączyć życie zawodowe z prywatnym. Nie macie kiedy od siebie odpocząć. 

Połączyła nas miłość do tyczki. To wspólna pasja, która fascynuje, zbliża. Wspólny cel. Mąż też kiedyś skakał, ale zakończył karierę jako junior. Został trenerem, a ja jego uczennicą. Zaczęłam bardzo późno, bo w wieku 18 lat. Po pierwszych próbach jednak wiedziałam, że to moja dyscyplina, moja droga. Sukcesy przyszły szybko. Adrenalina nie do opisania. Poczułam niesamowitą radość z tego wzbijania się.

W domu kto kogo trenuje? Mąż mówi tonem instruktora, czasem krzyczy?

Jacek jest dobrym człowiekiem, krzyk jest nie w jego stylu. Jako trener jest wymagający, ale to bardzo dobrze na mnie działa, bo ja sama wiele od siebie wymagam. W pracy wspiera mnie, dyscyplinuje, otacza opieką, stopuje, gdy się rozpędzę, by oddać jeszcze jeden skok. Czuwa, żebym nie przegięła (śmiech). Najważniejsze na każdej płaszczyźnie jest partnerstwo z dużą dozą wzajemnego zrozumienia i zaufania.

Oboje jesteście gośćmi w domu i właściwie nie ma pani sposobności do sprawdzenia się w roli gospodyni. Macie podział ról: pani gotuje, mąż sprząta? 

Jest odwrotnie. Jestem poukładana i z utrzymaniem porządku nie ma u mnie problemu. Ale jeśli chodzi o kuchnię, to nie mam za bardzo możliwości wykazania się. Mąż dobrze gotuje, ma wyczucie smaku, więc zostawiam jemu to pole i przyjemność podróży kulinarnych.

Dieta i dobre nawyki żywieniowe to dla sportowca podstawa. Ale chyba czasem można trochę sobie pofolgować? 

Pewnie! Nie można dać się zwariować. Wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba wiedzieć, kiedy i na ile można sobie pozwolić. W czasie przygotowań do zawodów dieta jest restrykcyjna i dość monotonna, ale przychodzą takie momenty, kiedy można sobie odpuścić. Uwielbiam słodycze i lody. I nie żałuję sobie, bo nie mam skłonności do tycia. Do jedzenia podchodzę w sposób racjonalny. Ale mam świadomość, że dobra dieta to klucz do dobrego samopoczucia i wyników. To, co jem przekłada się na poziom energetyczny na treningach. Od roku współpracuję z dietetykiem i widzę efekty. W tej chwili jem mniej, ale częściej.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia… ostrzy pani sobie zęby na złoto na mistrzostwach w Sopocie?

Jak każdy sportowiec marzę o złotym medalu, ale tak naprawdę myślę o tym, aby usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego. Mam nadzieję, że na tych mistrzostwach będę miała „dzień konia”, czyli dzień, kiedy wszystko pomyślnie się ułoży. Dla mnie to wielkie wydarzenie, bo przecież odbędzie się na moim podwórku. Nakręca mnie pozytywnie, że będę skakać przed polską publicznością. Taka okazja zdarza się raz w życiu. Mam nadzieję, że dostarczę samych dobrych wrażeń i wiele radości.

Celem jest złoto czy pobicie rekordu?

Jedno i drugie. Marzy mi się skok na pięć z plusem. Mój rekord to 4,85. Tylko dwie kobiety na świecie: Amerykanka i Rosjanka osiągnęły wynik ponad pięć metrów. Uważam, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko da się przeskoczyć. Trzeba mieć marzenia i dążyć do ich spełnienia, realizować obrany cel.

Myślała pani o tym, co będzie, jak złoto przejdzie pani koło nosa? Powie pani „pas” czy zrobi jeszcze jedno podejście?

Dziś nie myślę jeszcze o zakończeniu kariery. Mam wrażenie, że mogę jeszcze wejść na swój Mount Everest. Ostatnim sprawdzianem i ukoronowaniem mojej kariery będzie najpewniej udział w Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro. A to już za dwa lata.

Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach a kobiety o wieku, ale nieśmiało zapytam – czy to już nie wiek emerytalny? 

Skoki o tycze, tak samo jak skoki narciarskie, to dyscyplina techniczna. Patrząc na wyniki Japończyka w Soczi, widać, że wiek nie ogranicza. To kwestia formy, sprawności. W skoku o tyczce liczą się szybkość i siła. W mojej konkurencji trzeba złożyć wiele elementów w całość, bo od tego zgrania zależy wynik.

Rodzice wysoko stawiali pani poprzeczkę?

Nie pochodzę z rodziny ze sportowymi tradycjami. Nie mieli wielkich oczekiwań. Myślę, że moje dziecko będzie miało przechlapane.

A myśli pani o dziecku? Pani koleżanki: Monika Pyrek czy Sylwia Gruchała, są już szczęśliwymi mamami.

Oczywiście. Też planuję zostać mamą, ale na sportowej emeryturze. Chciałabym zakończyć karierę i poświęcić się maluchowi, czerpać radość z każdej chwili z nim spędzonej. Mam takie podejście, że jak coś robię, to na sto procent. Nie chcę być mamą na pół gwizdka.

Bardziej rozważna niż romantyczna?

Rozważna optymistka.

Fot. Monika Szałek
Rozmawiała: Marta Nicgorska dla  www.deluxe.trojmiasto.pl

 

Najbliższy start

Blog

Multimedia

Zdjęcia

fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com
fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com
fot. Monika Szałek | www.monikaszalek.com

Filmy

Designed by Studio a Propos

© 2010 Anna Rogowska